piątek, 6 listopada 2015

Tajemnice Lasu Bawarskiego – Arkadiusz Czaja



Osoby zainteresowane ''nieznanym'' coraz częściej  sięgają do źródeł  dawnych legend i opisów naszych przodków, którzy tworzyli niezwykłe podania i wierzenia ludowe często oparte na faktach, które przetrwały do naszych czasów, choć są dziś interpretowane jako wymysły i zabobony ówczesnych czasów.  Arkadiusz Czaja zebrał niezwykle interesujące historie z terenu Lasu Bawarskiego, które jak się okazuje były przesiąknięte zdarzeniami o naturze paranormalnej, świetlnych zjawisk, skrzatów i demonicznych upiorów, które przenikały do codziennego życia ludzi, którzy zachowali wiele tego typu opisów do czasów nam współczesnych. 




Las Bawarski leży w południowo-wschodnich Niemczech, graniczy z Austrią i Czechami, od zawsze straszył swoimi legendami, ludzie nie chcieli za bardzo zapuszczać się w te tereny, ziemia nieurodzajna, a zimy zaczynały się wcześnie i trwały dłużej niż w regionach sąsiadujących (różnica wysokości). Regiony wokół Dunaju były już dawno zaludnione, powstały tu wioski i duże miasta a Las Bawarski leżący tylko kilkadziesiąt km. dalej czekał setki lat aż powstały tam pierwsze siedliska. Legendy mówiły o straszydłach, upiorach, skrzatach, dotąd świętuje się tam tzw. "Dwunastu" czyli wygnanie duchów (w dzisiejszych czasach nawet te obrzędy są bardziej popularne niż 20 lat temu ze względu na turystów).
Opowiadania bawarskie mają to do siebie, że są ściśle związane z osobami i miejscami, które można jeszcze dzisiaj zlokalizować, wprawdzie dane osoby już nie żyją, ale potomkowie pamiętają co dziadkowie opowiadali i nie kryją ani nazwiska ani miejsca wydarzenia. Oczywiście, w regionie gdzie religia katolicka była najważniejsza, wszystko interpretowano właśnie tak by pasowało w przekonania i wiarę. Nie trudno zauważyć, że w tle widać "grożący palec" by ludzie byli na dobrej drodze, bo jak nie to zjawi się diabeł i zabierze grzesznika ze sobą. Gdy ktoś zginął w dziwnych, niewyjaśnionych okolicznościach to musiał być grzesznikiem albo przynajmniej wchodzić w jakieś konszachty, tak że diabeł go zabrał. Opowiadania miały być przestrogą, nie tylko dla dzieci. Jeśli chodzi o miejsca wydarzeń to były to przeważnie domostwa stojące na uboczu, a nie w centrum wsi, często młyny, mówiono nawet, że każdy młynarz posiada swoją czarną książkę gdzie zawarte są czary lub hasła do odwracania czarów. Jak można się spodziewać młyny stały zawsze z dala od innych domostw, także z powodu strachu przed wybuchem kurzu mącznego, ponadto różne dziwne dźwięki klekotania przyrządów skłaniało ludzi do wiary, że tam dzieje się coś nienaturalnego.


Co innego z latającymi światełkami, te widywano częściej w lasach, nad stawami i mokradłami lub w bezpośrednim sąsiedztwie tzw. "totenbretter" (drewniane tablice). Te stawiano często przy wejściu na posesję i miały przypominać o zmarłych, którzy tutaj mieszkali. Mówi się, że owe błąkające się światełka to nic innego jak dusze zmarłych, tak zwane "biedne dusze" które jeszcze nie udały się do nieba. Wystarczyło odmówić modlitwę albo się przeżegnać by te zniknęły, słysząc niekiedy "Bóg zapłać". W opowiadaniach, które powstały 100 - 150 lat temu jest pełno takich błędnych świateł. Niekiedy straszyły ludzi a niekiedy im nawet pomagały tak jak w przypadku furmana, który ciemną nocą przewoził towar do miejscowości Schwarzach: "gdy wiatr zdmuchnął mu latarnię, zauważył, że przed jego powozem unosi się światełko które cały czas było w tej samej odległości niezależnie od tego czy konie szły szybciej, czy wolniej. Gdy dotarł do Schwarzach powiedział z ulgą -- Dzięki Boże żeś mi świecił-- na to usłyszał cienki głos: Dzięki Boże żeś mnie zbawił..."


W lesie należącego do pana Bach między Edenhoffen a Schönbühl, szczególnie w miesiącach, kiedy na dworze robiło się wcześnie ciemno widywano często błąkające się światełka. Niekiedy podążały za ludźmi którzy śpieszyli do domostw, nieraz widywano je jak pływają w powietrzu między drzewami. Ludzie opowiadali, że jak człowiek się modlił to nikomu nic złego się nie stało, jednak ci, co je przeklinali to nieraz ugrzęźli w błocie albo strącono im kapelusz z głowy i jeszcze przez długi czas słyszeli jęki i zawodzenia "biednych dusz".


"jednym razem rolnik z Harpfen utknął w lesie w drodze do Pearsdorfu, zgubił koło w całkowitej ciemności. Gdy rozmyślał jak wyjść cało z tej opresji, nagle pojawiło się światełko, które mu towarzyszyło tak długo aż znalazł swoje koło i założył je z powrotem. Rolnik był tak uszczęśliwiony tym dziwnym zdarzeniem, że dziękował po stokroć , wtedy usłyszał głos, który powiedział:--Dzięki Boże, teraz to ja jestem zbawiony" 

W kolejnym przypadku nie wykluczając, że świadek obficie częstował się chmielowym trunkiem można dowiedzieć się o następnych światełkach. "Pewnej niedzielnej nocy, rolnik z Burghausen przesiadywał w karczmie w Dengberg. Było już po północy i oprócz jego nikogo więcej z gości w karczmie nie było. Właściciel gospody i jego żona widząc, że ten nie chce opuścić lokalu, wypchnęli go w końcu siłą na zewnątrz i zamknęli drzwi na zamek. Nic mu nie pozostało jak udać się w kierunku domu. Nie uszedł daleko, u szewca w Dengberg położył się przy stodole, by się trochę przespać. W pewnym momencie obudził się widząc na okolicznych polach skaczące światła, było ich ze dwadzieścia albo i więcej, światła zaczęły wokół niego tworzyć krąg, miał też wrażenie, że krąg się zacieśnia, spanikowany myślał że to już koniec z nim, i przyjdzie mu umrzeć, zaczął się modlić do św. Maryi i innych świętych, którzy przyszli mu na myśl. Wystraszony wygrzebał się z tego kręgu świateł, gdy nagle usłyszał wielki huk i światła zniknęły jakby nigdy ich nie było. 
Trochę trwało, zanim się pozbierał i dotarł do domu. Ludzie mawiali że od tego wydarzenia minęło dużo czasu, zanim ten człowiek znów odważył się odwiedzić karczmę w Dengberg". Ciekawą opowieść posiadam od pana Wittenzellner'a . To człowiek rosły jak niedźwiedź, nie można by pomyśleć że on się czegoś boi. "--Pierwszy raz do czynienia z "biedną duszą" miałem jakoś po wojnie podczas urlopu, niedaleko klasztoru w Rindnach. Znajdowałem się na drodze w lesie, było już ciemno, obok drogi wisiało coś świecącego wielkiego jak wiadro. Oho, myślę sobie, dlaczego wybrałem tę drogę, mogłem iść tą dłuższą. Już nieraz słyszałem o tych światłach, ale jeszcze nigdy takiego nie widziałem. Obok światła i tak muszę przejść to zobaczę co się za tym kryje. Zdjąłem swój płaszcz i mijając "światełko" zamachnąłem się, żeby je przegonić, ale co to? owo światło okazało się gałęzią drzewa, czyżby stara zmurszała gałąź aż tak świeciła?, aż mi się głupio zrobiło, że dałem się tak nabrać. Od tego czasu śmiałem się z ludzi, którzy widywali "biedne dusze", aż do następnego spotkania. Miejscem wydarzenia był most między Sommerau a Langholz. Starzy opowiadają, że w tych bagiennych okolicach musiały kiedyś być domostwa, ponieważ od czasu do czasu trafiano na stare resztki murów. Pewnej nocy wracałem od kolegi z którym służyłem w wojsku. Już z daleka widziałem to światełko, wielkość szacowałem na rozmiar kuli do gry w kręgle, dookoła niebieska poświata, nawet się nie bałem, obejść dookoła i tak się nie dało, bo wszędzie bagna i mokradła. Myślę sobie, że nie zaszkodzi odmówić zdrowaśkę albo i dwie, za mnie i za biedną duszę. Doszedłem do światełka na 3-4 kroki, gdy te zaczyna się poruszać i płynie przede mną jak latarnia, gdy ja się zatrzymuję to i ono się zatrzymuje, gdy ja ruszam , rusza i światło. Gdy tak przeszliśmy most kula ruszyła w górę w kierunku lasu, niedaleko widzę dom Michl'a a on sam stoi w drzwiach. --Dzięki Bogu, że o tej godzinie widzę jeszcze człowieka -- mówię do niego --A co? światełko na moście cię wystraszyło ? my się nie boimy, widzimy je każdą noc. Nie wiadomo jak długo ta dusza musi się jeszcze pętać, bo i nasi przodkowie już ją widywali--. W późniejszym okresie, gdy osuszano mokradła w okolicy mostu znaleziono szkielet, zbroję, hełm i miecz, wszystko już porządnie zardzewiałe. Zakopano to na pobliskim cmentarzu, od tego czasu podobno nie widywano już błąkającego się światełka --"kończy swą opowieść pan Wittenzellner.

Peter Dietl wspomina, że ich dom gdzie się wychował stał na miejscu starego cmentarza. --U nas w domu zawsze coś się działo, zawsze coś trzaskało, pukało, niekiedy w nocy coś walnęło tak głośno, że człowiek myślał meble się poprzewracały, moja mama wtedy z widocznym strachem wychodziła z łóżka by sprawdzić, ale zawsze wszystko było w porządku. Raz widzieliśmy słabe światełko, które wypłynęło z piwnicy, po krótkim przelocie zniknęło, jakiś czas później zmarł mój ojciec. Mama powiedziała wtedy, że światełko było u nas by zapowiedzieć śmierć taty’’. W późniejszych czasach trudno już o takie relacje, czy biedne dusze już nie świecą, bo ludzie przestali w nie wierzyć?, nie wiadomo. Na pewno nie ma już tyle bagien i mokrych terenów jak kiedyś, ale gdyby były to dusze to tak naprawdę nie potrzebują żadnych mokrych ani leśnych terenów, żeby móc się ukazać ludziom.
Inne ciekawe opowieści dotyczą dziwnych stworów, które pod ludzką postacią prowokowały ludzi. Dla katolików, a była to wtedy duża większość mieszkańców Bawarii nie było wątpliwości: to czort, diabeł za tym stał, a że odwiedził kogoś znaczyło, tyle że tamten albo mocno zgrzeszył, albo sam go wywołał czarami, lub w inny sposób przyczynił się do odwiedzin rogatego." W miejscowości Haselbach mieszkał rolnik, który ze swojej chciwości nie miał czasu, by pójść nawet do w niedzielę kościoła. Pracował od rana do wieczora, a nawet w święta a przeklinał na dodatek paskudnie. Pewnej nocy podczas pracy został porwany przez diabła, który wzniósł się z nim w powietrze. Gdy przelatywali nad górą Schellenberg, tamtejszego dzwonnika obudził dziwny hałas, ponieważ myślał że ma już świtać, pobiegł szybko do kościoła, by bić w dzwony. Czort tymczasem był nad Ay (to droga należąca wtedy do myśliwego Geisselsteiner'a) , kiedy usłyszał dzwony kościoła puścił wtedy rolnika, który zginął na miejscu. Długo jeszcze w tym miejscu miał stać krzyż, który przypominał to wydarzenie". Opowieść, którą mam od pani Reiserin z Hochholz mówi o pewnym chłopaku, który chwalił się, że nikogo się nie boi, nawet diabła ani ducha. 


"Pewnego wieczoru wybrał się on wraz ze swoją siostrą, by nakraść śliwek. Szli bocznymi drogami by nikt ich ani wielkiego kosza, którego nieśli nie zobaczył, nagle usłyszeli dziwny dźwięk i coś wielkiego o ludzkiej postaci przeleciało nad głowami i wylądowało parę metrów przed nimi na drodze. Chłopak krzyknął parę razy w kierunku postaci, by ją przepłoszyć, ta jednak w ogóle nie reagowała, na co chłopak wyciągnął swój długi nóż i podszedł do niej. Dopiero teraz zauważył, że postać ta miała świecące oczy, przerażony wycofał się ku siostrze i oboje uciekli z tego miejsca. Podobno już nigdy więcej nie chodził kraść a przechwalanie się, że nie boi się ani diabła, ani ducha też sobie odpuścił." Te świecące oczy przypominają przypadek "człowieka-ćma" albo inny przypadek ze średniowiecznej Anglii, o którym pisał Vallee w "Paszport do Magonii". Następny przypadek miał miejsce w latach 70-tych dziewiętnastego wieku.

"W naddunajskich wioskach między Barbing a Pfetter zaistniała prawdziwa plaga mysz, gryzonie niszczyły całe uprawy a ludzie nie wiedzieli jak temu zapobiec, nawet modły ani dawanie na mszę nie pomogły. W tym trudnym czasie pewien rolnik wybrał się na swoje pola, by oszacować straty, ku jego zgrozie okazało się, że zboże zostało zniszczone, w swojej rozpaczy i złości zaczął klnąc i grozić rękami ku niebu wyzywając wszystkich świętych, a nawet samego Boga. Nie trwało długo, gdy dało się słyszeć syczenie i dziwne odgłosy, nagle skądś pojawił się czort i zabrał go wprost z konia unosząc w powietrze i kierując się w stronę lasu. Wieczorem koń wrócił do domu wystraszony i trzęsący się na całym ciele, rolnika jednakże nigdy więcej nie widziano ani o nim nie słyszano. 

"Następna opowieść pochodzi od pracownika tartaku niedaleko miejscowości Kirchdorf. "pracowałem wtedy dla pana Müller'a , razem ze mną Kaspar Rankl, to był trochę dziwny chłopak, trochę inny, ale to chyba z powodu jego czarnej książki jak się później przekonaliśmy. Na brak pieniędzy nigdy nie narzekał choć nigdy ciężkiej pracy się nie imał, podobno za pomocą takiej książki nawet o pieniądze nie trudno. Zauważyłem, że Kaspar nie chodził do kościoła, wprawdzie wychodził jak wszyscy z domu do kościoła, ale nigdy tam nie docierał, nigdy go tam nie widziałem, myślałem, że woli lepiej się iść gdzieś powłóczyć, albo wraca do domu i tam siedzi, ale nie bardzo się tym przejmowałem, bo każdy może robić co chce no i był dobrym kolegą..... Wydarzyło się to w święto Bożego Ciała, byliśmy wszyscy na procesji, nawet szefowa i dzieci. Trwało to już jakiś czas, gdy znienacka dostałem pchnięcie w plecy jakby mnie ktoś walnął, patrzę na mojego pracodawcę Müllera a on dziwnie wykrzywia twarz -- coś mnie walnęło --mówi do mnie. Od razu pomyślałem, że Kaspar z czarną książką coś napsocił, --wracajmy do domu -- poprosiłem szefa, niespostrzeżeni urwaliśmy się od procesji a potem już biegiem w kierunku domu. Gdy dobiegliśmy do tartaku widać było, że tam już draka na całego. Chociaż na niebie ani jednej chmurki, przy tartaku wiatr drzewa ugina aż do ziemi, deszcz i wiatr śwista dookoła. Piła pracowała sama chociaż wiemy, że rano była jeszcze zablokowana, kłody drewna same nakładały się na taśmę prowadzącą do piły, piła przecinała je a gotowe deski same układały się w stosy. Musieliśmy z Müllerem przedostać się przez tartak aż do domu, przede drzwiami nie mogliśmy zrobić ani kroku, jakaś siła trzymała nas w miejscu, dreptaliśmy nie posuwając się ani o krok do przodu. Cały tartak huczał, maszyny pracowały tak szybko, jak jeszcze nigdy nie widziałem, myślałem, że za chwilę wszystko się zawali, zaczęliśmy wołać o pomoc wszystkich świętych. Nie wiem ile to wszystko trwało aż drzwi same się otwarły z wielkim hukiem. Widzimy na stole czarną książkę a Kaspar leży obok jakby nieżywy, Müller wiedział co robić, złapał książkę i zaczął głośno czytać od tyłu, by odwrócić czary rogatego, ja tymczasem zobaczyłem co się dzieje z Kasprem, biedak, gałki oczne miał tak wykręcone, że tylko białka było widać, usta pełne piany jak u wściekłego psa. Nie ulegało wątpliwości, że Kaspar wdał się w konszachty z diabłem, miał chłopak szczęście, że wróciliśmy do domu i uratowaliśmy go z opresji. Dzięki Bogu, że wkrótce czary ustały i wszystko wróciło do normy, nawet Kaspar doszedł do siebie. Nie miał wyjścia i musiał się przyznać do swojej czarnej księgi i czarów, oddaliśmy ją proboszczowi, który albo ją spalił albo wysłał papieżowi do Rzymu bo tak było przykazane. Kaspar stracił robotę, bo Müller zorientował się, że on wcale nie był skory do roboty bez swojej księgi, widocznie wcześniej swoją robotę wykonywał tylko za pomocą czarów. W dniu, kiedy Kaspar stracił pracę, belka zjechała z taśmy i zgniotła mi nogę, to była sprawka rogatego czorta, to on się w ten sposób zemścił i jak widzicie to utykam do dzisiaj."
Ta historia z Pearsdorf ma też swoje sto lat i nie ma szans na potwierdzenie z pierwszej ręki, ale starzy ją jeszcze znają. 


"Na skraju małej wsi stała chata gdzie przerabiano len, była to praca młodych dziewcząt, pewnego razu były na zewnątrz gdzie zauważyły przechodzącego mężczyznę, wyglądał dość dziwnie, ubrany miał śmieszny kapelusz z kogucim piórem, myślały, że to cudzoziemiec Jedna zawołała --jeśli mnie rozumiesz to potańcz ze mną--,na to nieznajomy skręcił w ich kierunku. Dziewczyny uciekły do chaty i zabarykadowały drzwi, nieznajomy jednak wszedł przez zamknięte drzwi i na siłę zaczął tańczyć z dziewczyną i to tak szybko, że zaczęło jej brakować tchu. Jedna z dziewczyn wzięła naczynie z wodą święconą (to podstawowe wyposażenie każdego domu wtedy) i chlusnęła w tańczącą parę. Zasyczało, pojawiła się para, zaczęło śmierdzieć, a gdy para opadła po nieznajomym nie było śladu. Ta dziewczyna, która z nim tańczyła zmarła tej samej nocy." To nie wszystkie przypadki, w literaturze można ich znaleźć dużo więcej, także o czarownicach lub innych anomalnych wydarzeniach jak np: o "ognistych ludziach".

" W jednym przypadku późnym wieczorem zbierano na polu konopie, zmrok zapadał, praca szła coraz trudniej, rolnicy zauważyli, że w oddali idą trzy świecące postacie, ich światło przypominało ogień z ogniska. Nic sobie przy tym nie myśląc jeden z rolników zawołał -- takiego to byśmy potrzebowali tutaj by nam poświecił-- .Jeden ze świecących skierował się ku polu, stanął na skraju a światło było na tyle intensywne, że pozwoliło rolnikom ukończyć pracę. Po skończonej robocie rolnicy zaczęli wracać do domów a "ognisty" wraz z nimi, nie wiadomo było jak się go pozbyć, aż w końcu jeden powiedział --Niech Bóg tobie to wynagrodzi-- na co ten odparł --Teraz jestem zbawiony-- i znikł."
Inną ciekawą opowieść znalazłem w książce "Ze starych czasów", nosi tytuł "Przejrzysty":
""...niedaleko Degernbach w wiosce o nazwie Frommelsberg żył chłopak, którego nazywano Przejrzystym, ale nie w takim sensie jak to dzisiaj się używa tej nazwy, a chodzi o to że potrafił widzieć poprzez zamknięte drzwi, lub ściany. Jego matka była tak biedna, że musiała utrzymywać się z jałmużny, a także z drobnej kradzieży. Nieraz bywało tak, że brała syna ze sobą, wystarczyło, że stał przed stodołą lub domem a wiedział co do zjedzenia, lub drogocennego znajduje się w środku. Z czasem chłopak stał się sławny w okolicy, więc nie było w tym nic dziwnego, że jeśli ktoś chciał kopać studnię to Przejrzysty doradzał czy trafi w danym miejscu na wodę lub nie. Niejeden lekarz miał korzystać z jego daru, by dowiedzieć się, w którym dokładnie miejscu w ciele gnieździ się choroba. Podobno nawet poszukiwacze skarbów prosili go o pomoc. W zakonie Karmelitów w Straubingu debatowano na temat Przejrzystego. Zakonnikom nie podobała się ta sprawa, uznali, że na pewno diabeł albo zły duch macza w tym swe palce. Postanowiono odprawić egzorcyzmy, by pomóc chłopakowi. Jak mówili ludzie, skutek był taki, że chłopak częściowo utracił swój dar, teraz tylko podczas nowiu udawało mu się jeszcze być przejrzystym". Jak widać z powyższych przykładów, wszystko interpretowano pod religię, nawet zwykły pożar czy gradobicie było karą Boga, susza latem to też Boży znak. By spadł deszcz należało się modlić i oczywiście dać na mszę. Bawaria do dzisiaj jest mocno katolicka, ale oczywiście przekonania nie są już te samo co 100 lat temu. Myślę, że jeżeli usuniemy religijne zabarwienie to przypadki te są bardzo podobne do tych, które opisują tacy autorzy jak Keel lub Vallee. Można mieć wrażenie, że wydarzenia takie miały miejsce na całym świecie bez względu na religię, pozostaje jedynie pytanie, dlac
zego dzisiaj jest tak mało podobnych sytuacji?

Arkadiusz Czaja


Zwracam się do Czytelników, którzy znają podobne relacje z terenu Polski o kontakt ze mną: arekmiazga@gmail.com 

 

12 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy artykuł. Wszędzie powtarza się do samo - dziwne zjawiska manifestujące się do XX wieku w okresie związanym z dwoma światowymi wojnami nagle zanikają, jak gdyby to była cisza przed burzą. A jak sie pojawiają to w nowej formie, dopasowanej do naszych czasów.

    Na Słowacji i w Czechach nocne "światełka" też potrafiły mówić ludzką mową, co wywraca bzdury o gazach bagiennych. I tam też były dobre jak i złe. Opis dobrego spod Babiej Góry:

    Światłonosiciel (słowacki: Svetlonos)
    "Było to gdzieś na Kubińskiej hali... Już się chyliło ku wieczorowi, kiedy wyłożono siano na wóz, przypewniono sznurem a na górę posiadały kobiety i dziewczyny, zmęczone po całodziennej pracy. Nad górami już zapadał zmierzch, kiedy do wysoka naładowanym wozem wyjechali w drogę powrotną do domu. Kobiety na wozie po dobrze ukończonej pracy wesoło terkotały, bo język w przeciwieństwie do rąk i nóg, zmęczy się małokiedy.
    Kiedy zbliżyli się do morskiego oka, na które dziś mówi się 'Puchmajerove jazierko' ciemność już porządnie gęstła, ledwie widzieli na drogę. Nagle w oddali przed wozem ukazało się światełko i z wielką szybkością zbliżyło się do wozu. Koń się postawił i nie chciał zrobić więcej ani kroku. Kobiety ze strachu najpierw ucichły, później zapiszczały, powyskakiwały z wozu i przysiadli obok drogi. Wystraszyły się tego światła, bały się że zapali to siano na wozie. Ale nic się nie stało, światełko najpierw się zatrzymało a później oddaliło się tak szybko, jak się ukazało.
    Stryj Jozef przekonywał kobiety, aby ponownie usiadły na wóz i by mogli kontynuować jazdę. Jakoś udało mu się je przekonać, ale żarty się skończyły. Bały się kobiety, bał się i stryj Jozef, bo wszyscy dobrze wiedzieli, że ich na drodze prowadzi światłonosiciel. A kiedy światłonosiciel się pojawi, nigdy się nie wie, czy ukazuje właściwą drogę, albo chce cię zwieść do moczarów. Dlatego stryj Jozef konia nie poganiał. Zostawił go tak by szedł swym krokiem, aby miał czas zatrzymać go, gdyby pod jego nogami nie czuł pewnej ziemi.
    Zwierzęta ponoć umieją wyczuć złe siły i ani biczem ich nie zmusisz, aby kontynuowali jazdę, gdy przeczuwają nieszczęście. Ale światłonosiciel się już do wozu nie przybliżył. Jego światło kręciło się przed wozem a koń za nim szedł spokojnym krokiem, dlatego w końcu wszyscy się uspokoili i za jego światłem bezpiecznie dotarli aż do wioski". Eva Kuriakova 'Povesti spod Babej Hory'

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz takie zdarzenia niejako zaprzeczają to co wciskali nam ufolodzy, że wszystko to tylko UFO a jak UFO to ''kosmici'' co jest wielkim błędem. Właśnie analiza takich zdarzeń oraz współczesne relacje dają już jakieś wyobrażenie jaka siła za tym się ukrywa ?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zupelnie sie zgadzam! I nawet jeśli istnieją prawdziwi kosmici i czasem pojawiają się na Ziemi, za UFO kryje się o wiele więcej... Myśle że każde ufologiczne zdarzenie dobrze badać z osobna, bo może wiązać się z różnymi rzeczami. Odnośnie artykułu: również po stronie czeskiej, zaraz za granicami niemieckiej Bawarii - jest tzw. czeska Bawaria, zwana też Szumawą. Stamtąd też pochodzi wiele nietypowych relacji. Innymi słowy jeden "nawiedzony" teren, rozdzielony przez dwa kraje: http://zmiennoksztaltne.blogspot.com/2013/04/sumava-tam-gdzie-do-dzis-grasuja.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Á propos Babiej Góry, od strony polskiej. Po latach jednak stwierdzam, że do pewnego stopnia miejsce to jest zagadkowo nawiedzone, przez nieznaną inteligetną Siłę. Tego, co ja bowiem osobiście odczułem w trakcie pewnej dość męczącej podróży do "Zawoja Widły" (administracyjnie - to wioska, w postaci tej części, najwyżej połoźonej pośród całej "Zawoi" u podnoźa Babiej Góry - najdłuższej/największej wioski z nadania administracyjnego jej nazwy : "Zawoja" w Polsce, a ciągnącej się z dobrych kilkanaście kilometrów, wzdłuź stromo idącej miejscami pod górkę drogi/szosy górskiej) sprzed bardzo wielu, wielu laty, nie da się zwyczajnie i bezpośrednio opisać, ponieważ: a) następowało w drodze, np. w trakcie przesiadek z użyciem środków lokomocji - autobusów PKS, b) następowało w krótkich chwilach drzemki, z przymknięciem powiek, wskutek niedospania, c) miało charakter w sumie uprzedzający, czyli występowało, mówiąc wprost, przed przybyciem do pewnego Ośrodka Wypoczynkowego w "Zawoi Widłach", d) w zupełności nie kwalifikuje się na opis jakiegokolwiek zdarzenia CE, lub obserwacji (tylko tutaj następowała pewna uporczywa, dość wyrazista pojawiająca się reminescencja miejsc już wcześniej dobrze mi znanych, reminescencja, w trakcie drzemania, tak wyrazista, jakbym tamże właśnie przebywał, tj. w domu, a nie w trakcie podróży). Jednak przeświadczenie, silne, pozbawione wątpliwości, że u podnóża nawet samej Babiej Góry, czyli w górnej części całych "Zawoi", tam gdzie zaczyna się końcowa droga - szlak, z pełnym i bezpośrednim widokiem na samą okazałą w pełni Babią Górę,- pozostało w mojej pamięci. jak i jeszcze parę wówczas niewyraźnych zapowiedzi przyszłych rzeczy, wówczas mgliście zarysowującej się dopiero na horyzoncie mojej przyszłości. To miejsce bez wątpienia NAWIEDZONE.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie słyszałem podobnych historii z Babiej Góry, mówiło się bardzo często o szklistych tunelach, których jednak istnienia nikt nie udowodnił. Czy oprócz tego co Pan opisał, doznał innych zdarzeń w tym miejscu ?

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie, odpowiadam (krótkie 5-12 minutowe "Deja Vu", z na poły dramatycznego, a na poły komicznego epizodu zatrzaśnięcia się\zamknięcia się od wewnątrz pomieszczenia mieszkalno-wypoczynkowego przez kogoś, na chwilę, a od mnie młodszego, na I piętrze drewnianego sporego domku wypoczynkowego, w trakcie trwania 2-3 tygodniowego Turnusu Wypoczynkowego,- nie mogę zaliczyć do zjawisk nadzwyczajnych. Bowiem to z kolei, zjawisko rzekomego przywoływania zdarzeń z rzekomo już wcześmiej zapamiętanych zdarzeń w pamięci ludzkiej - "Deja Vu" - pojawiało się i na przestrzeni dalszych lat mego życia i to kilkakrotnie i przy okazji zupełnie innych okoliczności i miejsc występowania, a tamto zatrzaśnięcie się spowodowało nerwórkę i grę wówczas emocji wszystkich zainteresowanych otwarciem na powrót drzwi)
    (Niemniej, uważam okolice Babiej Góry za nawiedzone, z racji i takiego dość specyficznrgo oddziaływania zjawisk na moją osobę, w których CZASEM mają one i z rzadka charakter UPRZEDZAJĄCY W czasie, okolicznościach, czy docelowym miejscu)(innymi słowy: np. o rzeczach przełomowych, mających się wydarzyć, a dot. mego życia zawodowego, czy stanu zdrowia mogę wiedzieć, choć dość mgliście, na parę minut do paru dni na przód, tak to działa w moim przypadku)(a w Zawoja Widłach ważniejsze, istotniejsze dla mnie okazały się dość mgliste, zagadkowe wypowiedzi niektórych osób spośród okolicznej zamieszkałej ludności - a tego wątku nie chcę rozwijać, i tak mi nikt nie uwierzy)(dot. jakby przyszłego charakteru struktury społeczeństwa - to aspekt proroczy, czysto socjologiczny, nie dot. zjawisk paranormalnych)

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem tylko Panu w nawiązaniu i uzupełnieniu do poprzedniej historii odnośnie specyfiki okolic podnóża Babiej Góry, jeszcze coś nieco w uzupełnieniu. Albo, a) ktoś w dosłowności, lecz anonimowo dla nas, dla mnie, udawał się jednocześnie, i tym samym szlakiem komunikacyjnym, jak i może tym samym środkiem/środkami komunikacji publicznej z mojego rodzinnego miasta zamieszkania do wspomnianej Zawoi Widły, i stąd wynikłe - te dziwne, uporczywe, wyraziste, nigdy wcześniej, ani później następujące reminescencje w trakcie drzemania - reminescencje - miejsc mi dobrze znanych z zamieszkiwania w mieście mym rodzinnym, albo też zupełnie na odwrót, czyli:b) to okolice Babiej Góry mają pewien "oczyszczający, zbawienny charakter ma człowieka", tutaj przywołujący na myśl i pamięć człowieka w podróży, i to w charakterze uprzedzającym docelowe miejsce podróży, pewne reminescencje z dobrze znanego mi miejsca zamieszkiwania, lecz tylko te o skrytym niepokojącym charakterze, skrywającym jakąś niedogodność, złą, szkodliwą rzecz, lub czegoś negatywny wpływ. A sama Babia Góra słynie z na przykład nieoczekiwanych spadków temperatury, jak i licznych nagłych załamań pogody, grzebiących życie, a czasem rujnujących tylko zdrowie nierozważnych alpinistów i alpinistek(coś musi być na rzeczy, skoki temperaturowe w określonych miejscach na Globie Ziemskim to też dla mnie nie pierwszyzna, w moich licznych zdalnych obserwacjach z użyciem Inyrtnetu, a niedawno znowu było medialno-radiowe doniesienie, że ktoś postradał, jako alpinista, zdrowie na stoku Babiej Góry!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie ciężko powiedzieć co było powodem Pana dziwnej historii bo i ja nie znajduję jakiś specjalnych ''dziwności'' aby nimi ją wyjaśnić ? Ciekawość jakie opinie mają na ten temat rdzenni mieszkańcy tech terenów ?

      Usuń
  8. Poruszył Pan w starych opowieściach bawarskich zasadniczo jeden przewodni motyw, tutaj przytaczany prawie w niezmiennym scenariuszu, aż do znudzenia. Pierwsze to dusza/dusze błąkające się zmarłych osób/ludzi, jawiące się jako ogniki, czy czasem występujące, jako większe, mniejsze punkty światła (silnie skupionego światła) szukające u żyjących ludzi ukojenia, czy nawet zbawienia (wstawienniczej krótkiej modlitwy o zbawienie duszy po jej śmierci). To potwierdza tylko starą dobrze znaną prawdę chrześcijańską (w katolicyźmie, a myślę, że i w prawosławiu), o tym, że stan duszy w godzinie śmierci człowieka, czy w łasce uświęcenia, czy w stanie grzesznym - niewiele może się zmienić i to przez wieki całe czyśćca dla tej duszy, chyba, że zmieni się na zbawienną korzyść tej duszy, a za wstawiennictwem kogoś z żyjących w modlitwie o tą duszę. Drugie to to, co obrazują powyższe stare opowieści bawarskie, a odnośnie tego, jak wielką łaską wysłuchiwania prośb obdarowywani są ludzie żyjący, o ile tylko się modlą. Po trzecie, w końcu, Wy "UFO-antropolodzy" powinniście odróżnić jasno błędny opis rogatego diabła (tak myślę, że błędny), od bardziej poprawnego opisu diabła jawiącego się czasem ludziom, o postaci maszkary z mocno sterczącymi do góry uszami (A dziw bierze, że przez środkowe.średniowiecze, jak i jego schyłek, kamienne sylwetki rzeźb przedstawiających mityczne diaboliczne stwory - maszkary - były ustawiane na dachach większych budowli sakralnych, np. we Francji, podobno ku ochronie tych budowli przed wszelkimi potencjalnie grożącymi im niebezpieczeństwami, jak chociażby, w przypadku Katedry Notre-Dame w Paryżu), (A takie nieszydercze, lecz za to rzeczowe określenie odnośnie znawców form obcych życia, czy manifestacji w ogólności UFO-pojazdów na Ziemi - "UFO-antropolodzy" - powinno być już dawno ukute w UFO-logii)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na przykładzie tekstu Pana Arka widać jak niegdyś ludzie interpretowali dziwne zjawiska co w mojej ocenie nie oznacza automatycznie związków pomiędzy religiami. Czyściec nigdy nie jest w Biblii wymieniony co nawet teolodzy potwierdzą, więc trudno uznać to za fakt, chociaż jest do dzis bardzo wygodny dla Kościoła z wiadomych przyczyn ;)

      Sprawę ''diabłów'' też należy traktować z dużą ostrożnością niegdyś wszystko co było dziwne i nie zrozumiałe było albo diabłem albo aniołem, względnie demonami. Tak słyszałem o takich budowlach, które mają na dachach takie dziwne kreatury to bardzo ciekawe przyznam, pentagramy też tam występują. Co do ''UFO antropologów'', niestety przez 70 lat byli i sami karmili innych iż UFO= kosmici nie dostrzegając innych aspektów jakie ukazuje to zjawisko, ale właśnie piszę w tej sprawie dość długi artykuł, który o dziwo z jakiś przyczyn ma trudności w ukazaniu się w NŚ czy innych gazetach ? Dlaczego ?

      Usuń
  9. Dla mnie osobiście: a) spadek doniesień z relacji obserwacji UFO, a zwłaszcza z C.E.III/IV-rtego stopnia (z ang. tzw. Bliskich Spotkań 3/4 stopnia) po upadku frontu napierającego na wszystkie gospodarki Świata ideologii komunizmu w latach 1945-1990, a zwłaszcza po upadku Konfrontacji Zimnej Wojny, jak i b) Pańskie obecnie typowe próby - zainteresowania społeczności UFOlogów, jak i zwłaszcza Czytelników wiadomości/prasy/ksiąźek z tematyki pokrewnej tematyce UFO - zainteresowanie tematyką "Magonii", jakby z pogranicza UFO i wierzeń, podań, przekazów ludowych, czy też: c) wejście z tematyką rozważań nad specyfiką doniesień o UFO na aspekty psychologiczno-socjologiczne,- dla mnie osobiście, wszystko to jest dowodem na to, że UFOlogia, w tym polska UFOlogia, wchodzi w przedostatni decydujący etap swojego rozwoju.//nie dziwota, wszak awangardziści UFOlogii, tak zagraniczni, jak i rodzimi polscy, dawno wskazywali na wielowymiarowość tych zagadnień UFO, dziejących się często w sferze psychologii, jaźni i pamięci ludzkiej, a nie tylko w rzeczywistości jaką znamy, w tym w szczególności, w aspekcie stricte technologicznym, jakiś nieznanych dotychczas zjawisk, czy znalezisk - nieznanych dotyczasowej nauce// A i myślę, że rozum, świadomość ludzka, czy USTAWICZNA ciekawość i odkrywczość ludzka - dopóty nie spocznie, i na tym aspekcie zjawisk paranormalnych, nieznanych społeczności ludzkiej "od kuchni", jak i oficjalnej nauce, dopóki swym rozsądkiem, rozsądzania spraw nie spocznie na swym świadomym sercu. "Jest i serce i rozum, a pomiędzy nimi pomost rozsądku" - tak to bym ujął (co rozum Nam ludziom dyktuje, zawsze ostatecznie rozsądzamy swym sercem,- serce, sumienie to rozsądek rozumu, z jego wszystkimi zmysłami poznawczymi) Innymi słowy, człowiek, to prawie doskonałe, skończone dzieło, o bezprzepastnym sercu i jego głębi, której w tu rozważanych zagadnieniach paranormalnych, nigdy nie należy zaniedbywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma Pan rację pisząc iż obecna ufologia wchodzi w nowy wymiar/etap rozwoju chociaż pewien wpływ na to decyduje samo zjawisko, które obecnie zupełnie inaczej się zachowuje niż w latach ubiegłych. Zdaje się, że trzeba sobie szczerze powiedzieć i zarzucić typowe badania w terenie, czyli rejestracje itp. ponieważ w przeciągu 70 lat mamy tego na pęczki. Wg. mnie ufologia powinna np. wrócić do fali z lat 1954 i jeszcze raz szczegółowo ją przeanalizować pod kątem dzisiejszej wiedzy o tym zjawisku bo jakoś mam wrażenie, że wiele szczegółów mogło zostać pominięta w obowiązującym wówczas trendzie ETH ?

      Usuń

Napisz komentarz: