sobota, 15 lutego 2020

O niezwykłościach kiedyś i dzisiaj Arkadiusz Czaja

Leonard J. Pełka napisał kiedyś, że ludowe wierzenia demoniczne cechuje pozorna chaotyczność i niespójność wewnętrzna, stanowiąca konsekwencję przeobrażeń, jakim ulegały one w ciągu wieków. Patrząc na ufologię i fenomeny pośrednio związane z tym tematem można powiedzieć, że w ciągu 70 lat doszło tutaj do czegoś podobnego.









Tekst Arkadiusz Czaja (c) 

Kryptozoologia przeżywa to samo, a szukając twardych dowodów, człowiek ma wrażenie, że wprawdzie takie potwierdzenia istnieją, ale duża większość informacji to tylko ustne relacje. Ciekawe jest, że dawne relacje pokrywają się ze sobą bez względu na szerokość geograficzną i to w takich szczegółach, że można się głowić czy to przypadek albo były to naprawdę realne wydarzenia. I wielki Paracelsus (1493 — 1541), i Van Helmont (1577 — 1644), i Jan Wier (1515 — 1588), i wielu innych uczonych lekarzy, przyznając fakty, których byli świadkami, odrzucali stanowczo teorię demoniczną, stawiając natomiast swoje własne hipotezy, oparte przeważnie na telepatycznym i telekinetycznym działaniu woli, w połączeniu z twórczym, ideoplastycznym, jakbyśmy powiedzieli dzisiaj, działaniem wyobraźni. Nie jest mi łatwo się z tym zgodzić, wiem, że aż po pewny punkt mogą mieć rację, nasza podświadomość może wiele uczynić, i jeżeli jest w stanie przesunąć na odległość jakiś obiekt to dlaczego nie zmaterializować jakąś postać. Ale być może właśnie różne wspólne drobiazgi i szczegóły, pokazują, że to nie wyobraźnia, a jednak manifestujące się twory. O postaciach antropomorficznych można się dowiedzieć interesujących szczegółów. "Pewnego razu przez las jechał mężczyzna furą. Pracujący w lesie ludzie zauważyli, iż nie może on wyjechać pod górę. Zbliżyli się do niego, aby pomóc. Zobaczyli wówczas, że ten mężczyzna ma końskie nogi; jedna nogawka jego spodni była czerwona, druga natomiast zielona, a na głowie miał kapelusz. Na widok zbliżających się ludzi zaczął on się śmiać, a następnie z ogromnym hukiem i wrzaskiem zniknął wraz z wozem w lesie". Nogi w kształcie kopyta, figlarny ubiór, kapelusz, to wszystko atrybuty, które powtarzają się w opowieściach z Polski, Słowacji, Niemiec i gdzie indziej także. W Lesie Bawarskim jest wiele opowieści tego typu, mówi się, że czort szuka ludzi, którzy nie chodzą do kościoła. Jedna z opowieści dzieje się w karczmie gdzie chłopy przesiadywali w niedzielę grając w karty. Przysiadł się do nich nieznajomy, pytając grzecznie, czy może zagrać wraz z nimi. Ci nie mieli nic przeciwko, zwłaszcza gdy okazało się, że nieznajomy nie zna się dobrze na grze i łatwo było go ograć.

Pieniądze szybko zmieniały właściciela, w pewnym momencie jednemu z uczestników karta spadła pod stół, schylił się, żeby ją podnieść, pod stołem zobaczył, że noga nieznajomego zakończona jest kopytem. Chłopy, podobno wręcz w panice ewakuowali się z karczmy, wiedzieli, że spotkania z rogatym nigdy nie kończą się dobrze. W Sieradzkiem zwano go "borowym" jako człowiek bliżej nie określony, chudy i obrośnięty bez odzieży, gdzie indziej, mężczyzna ubrany modnie po miejsku i w kapeluszu, albo mężczyzna w stroju leśniczego. Tak znany jest także na Bawarii, jako gajowy w zielonym stroju i w kapeluszu przechadza się po lasach, lubi towarzystwo młodych kobiet. Jest przystojny, ma powodzenie, zdradza go niechęć do święconej wody, a także kończyna zakończona kopytem. W jednej z opowieści jako przystojny oblubieniec, gości w domu dziewczyny. Dla całej rodziny zorganizował wyśmienite jedzenie i picie, bawił całe towarzystwo jako bogaty młodzieniec z miasta. Dopiero gdy nad ranem zapiał kogut opuścił raptownie współtowarzyszy, ci dopieroteraz zorientowali się, że coś jest nie tak, jedzenie okazało się odpadami, jakimi karmi się trzodę hodowlaną a wykwintne wino w kieliszkach cuchło, jak koński mocz. Takich opowieści jest bardzo wiele. Trudno jednakże dziś stwierdzić, czy opisy to echo dawnych lokalnych wierzeń (prawdziwych wydarzeń?) demonicznych, czy też jest pseudoludowym wytworem fantazji literackiej i miejscowej twórczości pamiątkarskiej naszych czasów.

U góry: Wyobrażenie diabła (pocztówka z Wiednia 1911 rok. 


Nieliczni ufolodzy wiążą opowieści tego typu ze swoim zainteresowaniem a przecież jeżeli przypatrzymy się dokładniej, bez faworyzowania własnych i zanegowania innych poglądów to widać tutaj działanie tej samej siły. Jeżeli starodawny czart jest wart wyśmiania to wystarczy spojrzeć np.: na tak zwanych "Man in Black" którzy są ściśle związani z obserwacją latających spodków. Dzisiaj mamy nawet podgrupy, należą do nich "Woman in Black", sobowtóry ufologów, którzy odwiedzają świadków lub wydzwaniają do nich odnośnie do obserwacji, a nawet różne paranormalne wydarzenia, które zaczynają nękać ufologów, a których przedtem w życiu nie doświadczali. Już sami faceci w czerni wydają się niekiedy mniej być istotami z krwi i kości niż diabelskie postacie z XIX wieku. 



Demonologia ludowa na Lubelszczyźnie


Należy przy tym pamiętać, że to tylko Kościół nazwał ich tak z własnego punktu widzenia. Ciekawe jak byśmy ich nazywali bez wtrącania się tejże instytucji?. Faceci w czerni nierzadko wyglądają jakby byli projekcją, ich mimika ust nie odpowiada wypowiadanym słowom, innym razem jakby po spotkaniu rozpuścili się w powietrzu, szczerze mówiąc mają małe problemy ze swoją prezentacją. Jest to bardzo dziwne jak na agentów tajnych służb albo na zaawansowane istoty z Kosmosu. John A. Keel, znany ufolog wykazał kilka typów takich postaci, najbardziej znaną była chyba para wysokiego blondyna o skandynawskim wyglądzie i jego kompana o ciemnej karnacji. Nachodzili świadków obserwacji ufo w Ameryce Płn. a nawet poza granicami, zawsze tak samo ubrani i zawsze ten pierwszy prowadził rozmowę a drugi w milczeniu stał w tyle. We współczesnym - tak przecież "racjonalnym i racjonalistycznym" świecie nie ma miejsca na takie zdarzenia, wszystko mamy poukładane i co nie udaje się wyjaśnić, musi od razu być bajką, fejkem lub źle interpretowanym wydarzeniem, a przecież takie podobne przypadki miały miejsce już od dawna.

Księga "Augsburger Wunderzeichenbuch" (Augsburska księga cudów) z XVI wieku opowiada, że owa nieuchwytna siła od tysiącleci manifestuje się na Ziemi jako niezwykłe zjawiska na firmamencie. Część z nich można dzisiaj częściowo wytłumaczyć. Inne jak na przykład zwłoki niezwykłej postaci, którą wyłowiono niedaleko Rzymu w 1496 roku nie ustalono do dzisiaj, pozostał nam tylko rysunek tego zjawiska. W roku 1531 w austriackim Salzburgu złapano zwierzę, które było całe szare i owłosione, z głową brodatego mężczyzny, czterema stopami i ostrymi pazurami, zabrano go na dwór, ale nie chciał jeść ani pić. Fenomen, który trwał ponad dwa lata to "cud spadających krzyży" które ukazywały się na ciele lub przeważnie ubraniach ludzi. Zjawisko to miało miejsce od Szczecina przez Wrocław; Niemcy, Austrię, Szwajcarię aż po Holandię. Można tutaj wykluczyć spisek króla Maksymiliana jak niektórzy sceptycy chcieli to wytłumaczyć jako znak od Boga by Maksymilian mógł podwyższyć podatki i w ten sposób wyruszyć na wojnę przeciwko Turkom. Taki spisek miał zbyt wielki zasięg, zjawisko miało miejsce także poza granicami własnego państwa, ale nie odstraszyło go, by kontynuować własne plany. Pojawiające się krzyże nie wyjaśniono do dzisiaj, przynajmniej żadna z teorii nie rozgryzła wszystkich, tych dobrze udokumentowanych przypadków.

Cud spadających krzyży 


Zwierzę“ ze Salzburga i zagadkowa postać z okolic Rzymu.


Mogłoby się wydawać, że opowieści o niezwykłych obserwacjach należą do mrocznej przeszłości, lecz nawet i dzisiaj ludzie relacjonują podobne, a nawet dziwniejsze zdarzenia. Od czasu do czasu można się spotkać z miarę nowymi relacjami o ...latających płaszczkach. Lon Strickler w swojej książce "Phantoms & Monsters: Mysterious Encounters" zebrał przypadki, które wydają się nieprawdopodobne, wręcz absurdalne. Jeden z nich miał miejsce w Minnesocie a dokładnie w Jordan. O godzinie 03.40, świadek jedzie samochodem z prędkością 50 km/h, gdy zauważył, że w odległości 2 metrów od auta pojawiła się płaszczka. Płaszczka znajdowała się na wysokości około 1.5 m, a jej lot charakteryzował ruch jakby płynięcia w wodzie, a nie jak uderzanie skrzydeł ptaka. Świadek powiedział później, że jej kolor był białoszary. Przyznał jednak samokrytycznie, że sztuczne światło reflektorów auta, mogło sfałszować rzeczywisty kolor. Wielkość oszacował na 1.5 m szerokości i około 1 m długości. Dodatkowo na brzuchu znajdowało się coś w rodzaju wybrzuszenia, dokładnie na środku o wielkości około 15 cm. Głowy nie widział, jak powiedział , że koncentrował się bardziej na "skrzydłach". Zapamiętał, że na pewno nie miały piór, jednak coś, co wyglądało jak krótka sierść, jak np.: u psa. Świadek powiedział także co może wydawać się ważne, mianowicie że kiedyś w przeszłości bardzo interesował się płaszczkami. Inny przypadek wydarzył się w Laredo e Texasie, około 1400 km. Na południe od wyżej wymienionego przypadku. Tym razem płaszczka pojawiła się w południe, obserwator mógł oglądać ją przez kilka sekund. Niestety z relacji nie można się dowiedzieć, w jaki sposób znikła z pola widzenia, czy oddaliła się na odległość, czy też znikła rozmywając się w powietrzu. Także tym razem obserwowano ją z jadącego samochodu, kolor też pasował do przypadku z powyżej. Do obserwacji doszło niedaleko jeziora zaporowego "Casa Blanca", zjawisko miało wielkość 1 metr w szerokości i znów 
"...wyglądała jakby płynęła w powietrzu." Szukając w internecie podobnych przypadków, można stwierdzić, że kryptolodzy już od dłuższego czasu zajmują się takimi relacjami. Linda S. Godfrey w swojej książce pt.: "American Monsters: A History of Monster Lore, Legends and Sightings in America" zwraca uwagę, że z takimi latającymi płaszczkami mamy już do czynienia od prawie 20 lat. Godfrey opisuje przypadek z 2012 roku, kiedy to niedaleko Hebron (Kentucky), 60-70 cm szeroka płaszczka przepłynęła w powietrzu nad autostradą. W 2004 roku dwóch świadków niedaleko rzeki Ohio obserwowało coś podobnego. Było to wczesnym wieczorem, gdy to zjawisko przeleciało im nad samochodem, widocznie nie było to przewidzenie, ponieważ najpierw zauważono odbicie na przedniej szybie a zaraz potem znikło to po lewej stronie. Nie odfrunęło poza zasięg wzroku, po prostu już tego nie było. Ten egzemplarz musiał być zaiście wielki, długi jak samochód osobowy a szeroki na przynajmniej 5 metrów. Świadkowie zgodnie zeznali, że to coś wyglądało jakby przezroczyste, a potem zniknęło. Fenomen nie poprzestał na USA, jedna z ostatnich obserwacji wydarzyła się w Almerii w Hiszpanii. Jak informował portal "Cryptozoology News", wszystko trwało raptem 5 sekund. 68 letni mężczyzny wracał do domu , gdy nagle nad drogą pojawiła się czarna płaszczka. "Płynęła" na wysokości 5 metrów, jej długość szacował na 2.5-3 metry. --Jej skrzydła były długie jak cała sylwetka, od głowy aż po koniec, przy czym zwężały się ku tyłowi. Te "skrzydła" przypominały skrzydła nietoperza, ale ich ruch był bez wątpienia taki jak u płaszczek--. Miasteczko Provo w stanie Utah ma kilka własnych obserwacji. Przypadek z 2008 roku opisuje ogromną płaszczkę o szerokości 4.5 metra i długości 8 metrów sunącą na znacznej wysokości (około 150 metrów). Innym razem zaobserwowano, gdy coś wielkiego, ciemnego wspinało się po wieży budynku gdzie znajduje się regionalny szpital. Ta akrobacja przypominała nietoperza, stwór dostał się na szczyt wieży, skąd odleciał w kierunku północno-zachodnim. Czy obserwacje tego rodzaju mają jakieś racjonalne wyjaśnienie? Być może tu czy tam doszło do złudzenia, trudno jednak ocenić nie znając całego raportu lub nie będąc na miejscu wydarzenia. Niewytłumaczalne zdarzenia towarzyszyły naszym przodkom już od zawsze, a że człowiek jest z natury ciekawy, chętnie opisywał tego typu zdarzenia, tak pozostało do dzisiaj. W jaki sposób dochodzi do tego typu obserwacji, nad tym głowią się autorzy książek od dziesięcioleci. Zacytuję tutaj co napisał Andrzej Sarwa:

"Tymczasem ani wszystkiego nie wiemy, ani wszystkiego pewnie się nigdy nie dowiemy. A świat materii, w którym funkcjonujemy nie jest jedynym realnym światem... Zaś człowiek nie jest jedyną inteligentną istotą we wszechświecie, bo są też w nim i inne realne byty tak widzialne, jak i niewidzialne. Zaś świat trójwymiarowy nie musi być jedyną realną rzeczywistością... Dotyczy to zarówno Boga, jak i stworzonych przez Niego istot duchowych – zarówno dobrych i przychylnych człowiekowi, jak i złych, nienawidzących naszego rodzaju – zawsze i wszędzie starających się nam zaszkodzić. "

Tekst Arkadiusz Czaja (c) 


Komentarz Arkadiusza Czaja odnośnie aspektu ''spadających krzyży'' o których pytali Czytelnicy ze względu, na to że jest długi wklejam go tutaj 


Cud pojawiających się krzyży (niemiecki: Kreuzwunder)były serią tajemniczych przypadków na początku XVI wieku, które miały miejsce głównie w obszarze niemieckojęzycznym (w tym w Holandii) w latach 1501–1503 . Na tekstyliach i skórze ludzi pojawiły się znaki podobne do krzyża, także znaki o innym kształcie, i w różnych kolorach. Ponieważ naoczni świadkowie uważali, że to coś spadło z nieba, mówiło się również o deszczu krzyżowym. Nazwa Kreuzwunder pochodzi od Eberharda Gotheina, który w 1878 roku przedstawił jedyną jak dotąd obszerną pracę naukową na ten temat. Albrecht Dürer mówił o największym cudu, jaki widział w swoim życiu — wielu ludzi było wystraszonych nie na żarty. Kościół postrzegał to jako przesłanie Boże wzywające do pokuty i nakazania procesji pokutnych. Król Maksymilian I chciał wykorzystać cudowne znaki jako pretekst do wojny przeciwko Turkom. Pojawili się też oszuści, którzy malowali na ciele krzyże, by osiągnąć osobisty zysk.

Pierwsze zapisy datowane są na 11 kwietnia 1501r. , chociaż podobne pogłoski miały już krążyć jesienią 1500. Obszar występowania sięgał od Szwajcarii i Austrię przez Niemcy aż do Holandii, z terenów dzisiejszej Polski istnieją wzmianki ze Świdnicy, Szczecina i Wrocławia.

Na ten temat pisano bardzo wiele , próbowano także ustalać przyczynę lub szukać wytłumaczeń, dlaczego pewne grupy ludzi doznały więcej znaków krzyży niż inne. Np: W liście biskupa Liège do króla Maksymiliana I z 18 maja 1501 r. mówi się o czarno-czerwonych krzyżach, które pojawiały się częściej na nakryciach głowy kobiet i dziewcząt niż mężczyzn.
Możliwym „naturalnym” wyjaśnieniem może być to, że ekspansywne nakrycia głowy kobiet, takie jak burgundowe jasne kaptury (henin), oferowały większy obszar, gdy opadały cząsteczki. „Krzyże” można było w taki sposób łatwiej „złapać” niż u mężczyzn, którzy ogólnie nosili ciemniejsze ubrania , a kapelusze miały przeważnie kolor czarny lub brązowy.
Jak to bywa w takich przypadkach, gdzie niewyjaśnione zjawisko zatacza coraz szersze kręgi, pojawiło się wiele anegdot oraz "możliwości" jak się uchronić . Kronika z Villingen Heinricha Huga zna rytuał oczyszczenia: jeśli krzyż spadł na czyjąś koszulę, nie wolno ją ściągnąć przez dziewięć dni i dziewięć nocy — należy modlić się: 15 paternostrów (modlitwa Pańska) i 15 Ave Maria, ku chwale Boga i świętego Krzyża.
Powszechnie zakładano, że krzyże były oznaką śmierci. Śmierć, która faktycznie miała miejsce wśród niektórych ofiar krzyżowego deszczu, mogła potwierdzić to „powszechne przekonanie”. Cytat z jednej pracy na ten temat: „Kiedy byłem na służbie w Vogtareuth (Rosenheim), na rękawach mojej koszuli było kilka czarnych krzyży bez widocznych przyczyn; ciocia powiedziała z doświadczenia, że ​​ktoś z naszej rodziny umrze w ciągu miesiąca; rodzeństwo zmarło w ciągu 14 dni. Kilka lat później zobaczyliśmy 3 czarne krzyże o średnicy 3 cm na świeżo umytym obrusie w Aibling; nie można było się ich pozbyć nawet po wielokrotnym praniu. Nastąpiła śmierć innych krewnych."
Kościół organizował procesje, żeby odwieść złe znaki , na których liczono nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W Austrii np: był przypadek, kiedy na ubraniach ludzi pokazały się czarne krzyże, słowo panika jest może przesadzone, ale stracha mieli, przynajmniej tak pisze kronikarz. Sytuacja była poważna to widać po reakcji: młynarz Mathis Furtmüller z Biberach, który miał na ciele krzyże i znaki narzędzi tortur , na dodatek twierdził, że słyszy niebiańskie głosy, zapłacił za swoje oszustwo swoim życiem. Hrabia Andreas von Sonnenberg kazał go spalić.
Podobno krzyże miały się nawet pokazywać na ubraniach zamkniętych w skrzyni, trudno to dziś zweryfikować.

Dziś postawiono wiele hipotez, jednak żadna z nich nie może wytłumaczyć większości przypadków. Przykładem jest tzw. czerwony deszcz z drobinkami pyłu, kropla taka spada na tkaninę i wydłuża się wzdłuż nici ubrania tworząc coś, co wygląda krzyż. Ale oprócz czerwonych krzyży były i inne w wielu kolorach , żółte , niebieskie, czarne. Ktoś inny sądził, że były to wydaliny ćmy gąbkowej, ale tu także mielibyśmy do czynienia tylko z ciemnoczerwonym kolorem. Historyk medycyny J. Hacker uważa, że to rodzaj pleśni, planowano zrobić eksperymenty z tkaninami tamtego okresu , jednak jak do dziś nie wykonano tego.

Od 1504 roku nie zanotowano nowych przypadków deszczu krzyży.

Wykorzystano :
https://de.wikipedia.org/wiki/Benutzer:Kreuzwunder/Kreuzwunder_1501-1503

W internecie można znaleźć wiele fotek starych rysunków przedstawiających tamte zdarzenia. Wystarczy wpisać: Kreuzwunder 1501-1503


_________________________________________________________________


Do powyższego tekstu mogę dodać znamienny fakt obserwacji ''czegoś''  w formie ''płaszczki''  w okolicy Górki Czerniakowskiej w latach 80- tych XX wieku. Informacje  przekazał mi Pan Dariusz, który mieszkał w tej okolicy i dokumentował z Kazimierzem Bzowskim  niezwykłe zdarzenia w rejonie Siekierek.  Obserwacja miała miejsce w nocy, a ''obiekt'' błyskał niczym flesz lampy błyskowej i miał kształt ''płaszczki''.  W moim archiwum posiadam również  opis ''stworzenia'', które wpisuje się w dawny folklor oraz współczesną kryptozoologię. Zdarzenie miało miejsce pod koniec II wojny światowej w okolicy  Mirskiej Góry leżącej   w pobliżu wsi Tomawa. Według relacji młody chłopiec idąc w lesie  został zaatakowany przez coś co określił jako olbrzymiego pająka lub kraba, na szczęście udało mu się uciec i opowiedzieć  historię rodzinie. 

13 komentarzy:

  1. witam, czy można prosić o cos więcej nt cudu spadających krzyzy. Nigdy o tym nie slyszalem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może Arkadiusz coś od siebie doda w tej sprawie, ponieważ ja także nie słyszałem wcześniej o takim ''cudzie''.

      Usuń
    2. A mnie gdzieś skądś kojarzy się wzmianka (wydrukowana chyba na początku lat 90tych), że na początku XVI wieku ów fenomen z krzyżami był odnotowany w Polsce. Niestety, we wklejonym tekście są jakieś brakujące słowa i gramatyczne/składniowe pomyłki zniekształcające znaczenie. Także przypomniała mi się krótka publikacja z dawnych lat w Nś (rok 1998 lub coś koło tego) o upolowaniu "leśnego diabła" pod koniec XVIII wieku na terenie odpowiadającym dzisiejszej Białorusi. A ze swojej strony poproszę Autora o parę słów więcej odnośnie owego "ataku pająka".

      Usuń
    3. Tekst dostałem przez Messengera niestety nie mam czasu aby od nowa go przepisywać wstawiłem zdanie, które gdzieś wcięło, a tak odsyłam do stron niemieckojęzycznych. Odnośnie ataku ''pająka'' niestety dysponuję tylko tym co podałem w tekście.

      Usuń
    4. Dziękuję Panu za odpowiedź.
      Co do hipotezy symulacji: może ona albo "żarty wyższej inteligencji" mogą wyjaśnić pewne domniemane polskie "CE3" z... 1544 roku. Jak podał prof. Michał Rożek (zmarły przed paru laty wybitny historyk-krakowianista) w książce "Mistyczny Kraków" (1991), powołując się na dzieło "Historia naturalis curiosa Regni Poloniae" Gabriela Rzączyńskiego (1721), onego roku w dzień święta nawrócenia św. Pawła, pojawił się w Krakowie na 6 godzin "pomiot szatana" opisany następująco: "z płomiennymi oczami, słoniową trąbą, byczymi nozdrzami, grzbietem obrośniętym psią sierścią, małpim pyskiem na piersi, kocimi ślepiami na podbrzuszu, łbami psimi na łokciach i stopach, łabędzimi nogami i podwiniętym ku górze ogonem półłokciowym". Stwór podobnież mówił łaciną (sic) i miał napastować kobiety. Czyli i pod względem takich osobliwości nie byliśmy (w Polsce) tak wtedy jak i dzisiaj tacy ostatni. Nawiasem mówiąc, zdarzenie to musiało obrosnąć sławą, skoro cytował je także pewien uczony amerykański autor rozprawy o renesansowym okultyzmie wydanej tamże w 1972 r.

      Usuń
    5. Dziękuję za bardzo cenną informację warto ją przytoczyć w jakimś artykule. Ma Pan rację w dawnych wiekach w Polsce również jak i w innych krajach miały miejsce niezwykłe zdarzenia. Szkoda że w swojej pracy J. Valle i Chris Aubeck Wonders in the Sky - Unexplained Aerial Objects from Antiquity to Modern Times nie zadali sobie nieco więcej wysiłku aby dotrzeć do Polskich badaczy, a tym samym opisów wielu obserwacji z dawnych czasów. Ja osobiście pisałem do obu Panów w tej sprawie, ale jak to zwykle bywa u zachodnich autorów i badaczy trudno się spodziewać o jakąś odpowiedź co jest żenujące przyznam.

      Usuń
  2. Takie dziwności można by przypisac pod hipotezę symulacji, jako błędy w systemie, to samo może tyczyć się obserwacji UFO.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tekst Arka odnośnie krzyży dla zainteresowanych wkleiłem pod spodem w artykule wszystkich serdecznie zapraszam

    OdpowiedzUsuń
  4. Tekst: Jedzenie okazało się odpadami, jakimi karmi się trzodę hodowlaną a wykwintne wino w kieliszkach cuchnęło, jak koński mocz???
    Moim zdaniem zmysł smaku pochodzi z mózgu, więc tak samo może być projekcją analogicznie jak rzeczy które spostrzegamy zmysłem wzroku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fenomeny węchowe, smakowe, wzrokowe... Pewnie istnieją jeszcze inne...

      Usuń
  5. Super wpis. Pozdrawiam i czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń

Napisz komentarz: